poniedziałek, 10 lipca 2017

Pan Pilot śpi

Najczęściej do "ujawnienia" przewinień załogi samolotów dochodzi oczywiście w najtragiczniejszych okolicznościach. Nie brakuje także u
chybień, które nie skutkują wypadkiem, jednak włos na głosie się jeży...









Przed trzema laty głośno się zrobiło wskutek incydentu, do jakiego doszło w Stanach Zjednoczonych. Piloci w czasie rejsu z Honolulu do Hilo (oba lotniska położone na różnych hawajskich wyspach) ucięli sobie drzemkę. Obaj. Lot krótki, toteż zdziwienie spore, bo przespali najważniejszy moment - lądowanie. Maszyna musiała zawracać, gdyż kontrolerom (którzy podejrzewali zasłabnięcie obu pilotów lub porwanie samolotu) udało się obudzić pilotów dawno za ścieżką zniżania.Zostali zwolnieni z pracy i na pewien okres stracili prawo wykonywania zawodu. Stanęli także przed Komisją Federalnej Administracji Lotów i byli oskarżeni o narażenie podróżnych na niebezpieczeństwo. Na pokładzie pilotowanego przez śpiochów samolotu było 40 pasażerów.
Nie udało się wyjaśnić przyczyn dziwnego zaśnięcia - rejs był krótki, a od poprzedniego minęło 15 godzin, więc piloci mieli czas na wypoczynek. W kabinie nie stwierdzono niepokojącego ciśnienia mogącego mieć wpływ na tak drastyczne znużenie, nadmiaru dwutlenku węgla także nie było.
Wciąż trwa wyjaśnianie przyczyn katastrofy Airbusa linii Air France, powracającego z Brazylii do Paryża. Maszyna zniknęła z radarów i wpadła do oceanu, gdzie namierzono ją po wielu tygodniach poszukiwań.
Stosunkowo niedawno na jaw wyszło, że tuż przed katastrofą kapitan maszyny spał i w ostatniej chwili wpadł do kabiny, jednak na ratunek dla samolotu było już za późno. Podniosły się głosy oburzenia, że ten człowiek jest wszystkiemu winny, bo zamiast czuwać nad bezpieczeństwem lotu poszedł na odpoczynek.
W tak długich rejsach jest to jednak normalne. Piloci wymieniają się, nierzadko latają w większym niż dwuosobowy składzie i zawsze przynajmniej jeden pilot odpoczywa - na przykład w specjalnie odizolowanym miejscu klasy biznes.
Oczywiście nie można wykluczyć, że nieobecność za sterami najwyższej rangą osoby na pokładzie miała znaczenie w krytycznym momencie, ale też nie można twierdzić, że sen był przestępstwem samym w sobie.
Okazuje się jednak, że sen za sterami to swoista plaga, przynajmniej wśród norweskich przedstawicieli tej trudnej sztuki. Co najmniej połowa skandynawskich pilotów przyznaje, że zdarzyło się im zasnąć za sterami w trakcie rejsu… nie informując swojego towarzysza o takim zamiarze!
Wyniki przeprowadzonych badań potwierdzają tezę, że problem wynika ze zmęczenia i przepracowania, choć może to dziwić, bo przepisy lotnicze są - w cywilizowanych krajach - jednakowe i bardzo restrykcyjne. Dlaczego zatem tylko Norwedzy przysypiają i przyznają do popełniania błędów, których ewidentną przyczyną było zmęczenie?
Choroba nie tylko filipińska
Inny rodzaj "osłabienia" to z kolei przypadłość rosyjska. Pijaństwo - bo i "za kokpitem" się zdarza - to teoretycznie domena linii ze Wschodu i krajów "trzeciego świata".
Okazało się jednak przed rokiem, że na Lotnisku Chopina w Warszawie miał miejsce przypadek, gdy kompletnie pijany pilot amerykańskiego samolotu (cargo) miał zamiar polecieć nim do… Szanghaju.
Amerykanin wydmuchał podczas kontroli bezpieczeństwa niemal dwa promile alkoholu. Jako jedyny z całej załogi - przebadano wszystkich - był pod wpływem. Pilota nawet nie zatrzymano, bo… w Polsce bycie pod wpływem alkoholu nie jest karalne.
Kilka miesięcy temu w Rosji jeden z członków załogi samolotu Tu-134 był pijany i, niestety, nie udało się tego odkryć przed odlotem samolotu, w którym był nawigatorem. Fakt ten ustalono dopiero w wyniku sekcji zwłok. Człowiek ten, podobnie jak blisko 50 pasażerów samolotu, zginął w katastrofie pod Pietrozawodskiem. Nie był to jedyny przypadek w tej części świata, gdy do katastrofy przyczynił się alkohol pity przez załogę.
Problem ten nie dotyczy tylko i wyłącznie pilotów. Bywa, że piją także przedstawiciele personelu pokładowego, choć tego typu przypadki (jak i nadużywania przez pilotów) w czołowych liniach świata to jednak zaszłość.
I całe szczęście - dziś kontrole nie tylko pasażerów, ale również personelu, są tak restrykcyjne, że nikt sobie na to pozwolić nie może. Niegdyś jednak podejście było dużo bardziej liberalne…
Gdy w Polsce latały jeszcze samoloty dostarczane nie przez zachodnich, a wschodnich przyjaciół, z jednej z takich maszyn - na lotnisku w Rzymie - wysiadła stewardesa.
Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że zrobiła to, zanim pod samolot podstawiono schody - wynika z krążących od lat opowieści, przytaczanych nawet w literackich wspomnieniach. Dopiero w szpitalu (dokąd odjechała z połamanymi kończynami) okazało się, że jest kompletnie pijana.
Podobne historie znaleźć można w książce "Stewardesa Justyna. Wspominki". Emerytowana już pracownica linii lotniczych opowiada między innymi o alkoholowych wybrykach. A to o kompletnie pijanym nawigatorze, który zamiast być gotowym do odlotu do kraju, został aresztowany przez policję za… sikanie do ulicznej studzienki w Kairze; a to o pilocie, który w Stambule - gdy był już niemalże u drzwi samolotu - sturlał się ze schodów, a wraz z nim walizka pełna pomarańczy (w tamtych czasach cytrusy to był bardzo cenny towar z importu, a załogi linii lotniczych zza żelaznej kurtyny bardzo dobrze w ten sposób dorabiały).
Innym razem już w Warszawie, na początku pracy, kapitan samolotu nakazał pilotom zamknięcie szefowej pokładu w… toalecie. Ta była w takim stanie, że jej i tak było wszystko jedno; ocknęła się dopiero na lotnisku docelowym na drugim końcu Europy.
Love is in the air...
- Dziś o stały podniebny romans coraz trudniej, ale nie brakuje przygodnych spotkań w toalecie - opowiada stewardesa latająca w liniach operujących między innymi z krakowskiego lotniska. Okazuje się bowiem, że drzemki i alkohol to niejedyne przewinienia pilotów i stewardes.
- Kiedyś, przed wielu laty, załogi bywały nierzadko stałe. Na pokładach samolotów latały "drugie małżeństwa". Kapitan i szefowa to notoryczny duet kochanków, którym nie wystarczały schadzki wyłącznie w hotelach na "nocowaniach" poza bazą. Normą bywały dosłownie podniebne uniesienia w trakcie lotu! - opowiada Basia.
Dzisiaj w średniej wielkości linii lotniczej pracuje kilkaset stewardes i niewiele mniej pilotów. Spotykają się od czasu do czasu po raz kolejny na pokładzie, jednak nie ma już stałych załóg.
- Mimo to, nie dalej, jak kilka miesięcy temu, między szefową pokładu i drugim pilotem, którzy spotkali się na jednym pokładzie pierwszy raz, zaiskrzyło. Musiałyśmy przez dobry kwadrans radzić sobie same bez szefowej, a kapitan niczego nieświadomy był pewien, że pierwszemu oficerowi przedłużył się "pobyt" w toalecie. Nic wielkiego się tam nie wydarzyło, ale w hotelu już tak - dodaje rozmówczyni.
Wracając do romansów sprzed lat - podniebne profesje były bardzo częstą przyczyną rozwodów. Tajemnicą poliszynela był fakt, że większość personelu pokładowego i kokpitowego prowadziło podwójne życie, tym bardziej, że praca była wtedy podobna do tej marynarzy (choć nie aż na taką skalę). Zdarzało się, że personel latający był poza domem nawet przez dwa tygodnie.
Tego tutaj nie było!
Pod koniec lat 70. wybuchła jedna z większych w Polsce afer związanych z pracownikami linii lotniczych. Aresztowano kilkadziesiąt osób - kapitanów, pilotów, mechaników i stewardes. Sprawa dotyczyła przemytu złota, srebra, dewiz, sprzętu elektronicznego, a nawet narkotyków.
Wartość "towaru", który wówczas zabezpieczyła prokuratura, miała sięgać 100 milionów złotych. Relacja wartości ówczesnego pieniądza była podobna do tych z obecnych czasów - pensje sięgały wówczas średnio 3 tysięcy złotych.
Dzisiaj przemyt - przynajmniej w Polsce i krajach UE - w liniach lotniczych właściwie nie występuje, a już na pewno nie w zakresie tego typu asortymentu. Mechanizmy, jak te w czasach PRL-u w polskich liniach, występują jedynie w krajach dawnego bloku ZSRR, choć i tutaj coraz rzadziej.
Po części należy się zgodzić z tym, że dziś najbardziej roszczeniową grupą zawodową w lotnictwie są przedstawiciele personelu pokładowego, ale "starej epoki". Stewardesy i stewardzi pracujący od 20 czy nawet 30 lat - zarabiający dziś niemało, bo nierzadko dwa razy więcej niż wynosi średnia krajowa (sumując dodatki, delegacje, naloty i inne nagrody) - są niezadowoleni i ciągle im mało.
Pamiętają czasy minione, w których oprócz tego, co oficjalnie wpływało na konto, mieli "kieszonkowe" przekraczające niekiedy nawet kilkadziesiąt razy (!) wartość oficjalnego wynagrodzenia.
Przemycano wszystko - owoce, biżuterię, waluty, tekstylia, kawę, alkohol, papierosy, szlachetne kamienie, nawet kawior czy leki. Zawód pilota, mechanika, nawigatora i personelu pokładowego to były latające przedsiębiorstwa. Z procederu żyli oni sami, pośrednicy, przełożeni i przede wszystkim celnicy z Okęcia. Ci najmniejszym nakładem pracy zarabiali najwięcej.
Przed rokiem, w jednej z większych europejskich linii lotniczych, rozbito niewielką szajkę, która trudniła się przewozem narkotyków, do czego wykorzystywano personel latający - oczywiście za ich wiedzą i sowitym wynagrodzeniem. Sprawy nie rozdmuchano, choć też nie zamieciono pod dywan; wszyscy stracili pracę, wielu otrzymało wyroki skazujące.
Podniebnych przewinień było wiele; dziś pozostają tylko te obyczajowe albo proceduralne. Popełnianie tych drugich raczej do przyjemnych nie należy, smakowanie tych pierwszych - już tak, a ich obyczajowy charakter pozostawia niesmak co najwyżej we własnym sumieniu.
Złośliwy los
Ani przyjemne, ani bolesne wydarzenie miało miejsce kilka tygodni temu podczas rejsu linii Chatauqua Airlines. Kapitan - na wysokości przelotowej - udał się do toalety i zwyczajnie w świecie się w niej zatrzasnął. Groteskowa sytuacja, choć nie niemożliwa.
Sytuacja miała miejsce tuż przed rozpoczęciem zniżania do lądowania. Jeden z pasażerów usłyszał dobywające się z toalety wołanie o pomoc, a zamknięty pilot poprosił go o poinformowanie załogi o jego "nieciekawym położeniu".
Pech chciał, że język angielski pasażera pozostawiał wiele do życzenia, a w dodatku miał bliskowschodni akcent. Gdy zaczął się dobijać do kokpitu i nie do końca potrafił wyjaśnić powody swojego zachowania, drugi pilot ani myślał otworzyć drzwi.
Personel pokładowy w tym czasie zajmował się przygotowaniem do lądowania i znajdował się na tyłach maszyny. Pilot z kokpitu o sytuacji "zaginięcia" pilota poinformował wieżę nowojorskiego lotniska, dodając, że jeden z pasażerów "o dziwnym akcencie" próbuje włamać się do kokpitu. Podjęto działania w trybie najwyższego zagrożenia, zarządzono natychmiastowe lądowanie, a pasażera uznano za terrorystę.
Pilot, któremu udało się wydostać z toalety dzięki totalnemu zniszczeniu drzwi, zaręczył, że doszło do nieporozumienia. Wyjaśnienia niestety składać trzeba było pod lufą karabinu funkcjonariuszy FBI, którzy przywitali samolot na płycie lotniska La Guardia.
Choć tego typu sytuacji w lotnictwie nie brakuje, pasażerowie powinni być jednak spokojni. Jak widać, prawie na każdy scenariusz są procedury i ze wszystkiego udaje się wyjść z twarzą.
Trafiają się piloci bohaterowie, nie brakuje profesjonalnych przedstawicieli cabin crew. A błędy i grzechy, popełniane mniej lub bardziej świadomie, to domena każdego zawodu.
I mimo że podniebna praca należy do jednych z ciekawszych na świecie, to i tutaj wkrada się element nudy. Jej łamanie czasem jest dziełem przypadku, a czasem celowym działaniem…


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz